“Planeta małp”, Pierre Boulle

Pora nadrobić zaległości po raz kolejny. Tym razem na ruszt wziąłem klasykę gatunku – “Planeta małp”, autor Pierre Boulle. Wydana w Polsce lata temu, napisana jeszcze wcześniej (ma już ponad 40 wiosen), a daje po głowie prawie tak jak Brewster Gołocie.

W odległej przyszłości, genialny naukowiec konstruuje napęd, który pozwala ludziom dotrzeć do najodleglejszych układów gwiezdnych w galaktyce z prędkością tysiąckrotnie większą od światła.. Na pierwszą wyprawę zabiera ze sobą dwójkę towarzyszy, w tym dziennikarza, Ulissesa Merou. Podróż przebiega bez problemów, a u jej celu, śmiałkowie odkrywają planetę o cechach bardzo zbliżonych do Ziemi. Co więcej, okazuje się, że jest ona zamieszkała i to przez istoty rozumne, tyle że są nimi ……. inteligentne małpy. Na Betelgezie (nazwa globu) panuje struktura dokładnie odwrotna do ziemskiej, tj. ludzie stanowią przedmiot małpich eksperymentów, a nasi dalecy krewni są istotami posuwającymi cywilizację naprzód. Przynajmniej w teorii.

Właśnie to odwrócenie ról decyduje o sile książki, bo postawienie człowieka w roli przedmiotu eksperymentów, którym poddają ich małpy i to często podłych, bolesnych i upokarzających, wywiera na czytelniku ogromne wrażenie. Z jednej strony może to być oskarżenie ludzi o nieuzasadnione i prymitywne okrucieństwo w stosunku do zwierząt, z drugiej zaś, ostrzeżenie przed upadkiem i degrengoladą intelektualną do której ludzkość zmierza. Cóż, małpy wcale nie okazują się tak inteligentne na jakie wyglądają. Na plus zaliczyłbym ograniczenie do minimum szczegółów naukowych – nie one decydują o zatykającym wpływie lektury; to socjologia i psychologia wysuwają się na pierwszy plan.

Nieodmiennie fascynuje mnie w starych klasykach sf ich zwięzłość. Dzisiaj, żeby przekazać swoje zamierzenia autor musiałby się rozwodzić przez 500, 600 stron, a jeszcze 40 czy 30 lat temu, pisarze potrafili stworzyć dobrą i ważną książkę nie przekraczającą stron 200. Koniec świata.

Na podstawie książki powstały dwa filmy, pierwsza ekranizacja jest doskonałym i niegłupim przykładem udanej adaptacji książki na potrzeby filmu, w przeciwieństwie do remake’u sprzed paru lat. Lektura książki mile mnie zaskoczyła, ponieważ najpierw widziałem film, a dopiero teraz sięgnąłem po literacki pierwowzór. Zakończenie jest lekko inne, nie mniej zaskakujące.

****

Posted on czerwiec 2, 2005 at 16:05 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: ,

Leave a Reply