“Krótki szczęśliwy żywot brązowego Oxforda”, Philip K. Dick
“Krótki szczęśliwy żywot brązowego Oxforda” Philia K. Dicka. Pierwszy tom opowiadań zebranych wydanych parę lat temu przez Prószyńskiego. Na pewno jest to zbiorek słabszy od przeczytanej przeze mnie parę miesięcy temu “Czystej gry”, ale to raczej dziwne być nie powinno. Zawiera bowiem opowiadania chronologicznie najwcześniejsze, te od których Dick zaczynał.

W sumie w całym zbiorku jest 25 opowiadań zróżnicowanych zarówno tematycznie, jak i gatunkowo oraz jakościowo. Cóż, Dick był wtedy dopiero początkującym pisarzem i nie wszystko co wyszło spod jego pióra przyniosło satysfakcjonujący rezultat, ale i tak zdarzają się perełki.
Pierwsze sprzedane opowiadania (“Roog”) jest świetnym przykładem tego, jak niedaleko można sięgać, żeby stworzyć tekst gatunkowo przypisany do fantastyki, a jednocześnie osiągnąć znakomity rezultat. Krótkie, zabawne i chyba niemożliwe do sfilmowania. Zabawny jest też następny tekst w tomiku – “Stowarzyszenie”, choć jest on akurat chyba przykładem jednego z dominujących motywów opowiadań Dicka, czyli obawy przed narastającym uzależnieniem ludzi od robotów i możliwych tego konsekwencjach. Dobrze się stało, że mimo wszystko jest to tekst lekki, w przeciwieństwie np. do “Wielkiego K”. Również w tym pierwszym okresie prześladowała Dicka obawa przed nieuniknioną wojną nuklearną, aczkolwiek inaczej niż w późniejszym okresie życia, w opowiadaniach o postapokaliptycznej Ziemi można doszukać się jakiejś dozy optymizmu. Paradoksalnie, w części z nich to w maszynach i komputerach może tkwić szansa na odrodzenie po klęsce. Z drugiej jednak strony, maszyny mogą stać się zagrożeniem, utrzymując ludzi w nieświadomości lub też całkowicie ich sobie podporządkowując.
Zaskoczeniem było dla mnie odkrycie wśród opowiadań tekstu przynależnego w zasadzie do fantasy (“Król elfów”), a i horror był autorowi nieobcy (“Kolonia” czy “Niania”). W przypadku tego ostatniego tekstu, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że kilkanaście lat temu, w czasach kiedy nasza telewizja sprowadzała się do dwóch kanałów, widziałem czechosłowacką ekranizację jednego z opowiadań Dicka. Mordercze babcie roboty…. brrr… Tomik zawiera jeszcze jedno “filmowe” opowiadanie – “Honorarium”, nie tak dawno temu goszczące na naszych ekranach jako “Zapłata”. Trzeba przyznać, że dickowska wersja jest lepsza – nie tak przeraźliwie optymistyczna jak w wersji made in Hollywood.





Zobacz także:

Zostaw komentarz