“Krople światła”, Rafael Marin
“Krople światła” Rafaela Marina polski wydawca reklamował jako hiszpański bestseller i szczerze mówiąc, raczej ciężko mi w to uwierzyć. To znaczy, wszystko zależy od tego jaka liczba sprzedanych egzemplarzy oznacza w Hiszpanii zdobycie takiego statusu. Nie wierzę w to nie dlatego, że to zła książka, tylko dlatego, że tego typu powieści raczej nie zdobywają wielkiej popularności.

W dalekiej przyszłości ludzkość rusza w kosmos, przy czym oznacza to Podbój – brutalną pacyfikację wszelkiego inteligentnego życia. Konkwistą kieruje tajemnicza Korporacja (tajemnicza o tyle, że bezosobowa, bo to jedyne co o niej wiemy), a nadzór nad wszelkimi działaniami sprawuje superkomputer o nazwie Nowy Jork. Galaktykę przemierzają wojenne statki należące do Korporacji, lodołamacze i krążowniki, które zajmują się podbijaniem coraz to nowych planet i ogołacaniem ich z jakichkolwiek surowców naturalnych. Wszelkie pozaziemskie życie inteligentne niszczone jest natychmiast bez jakiegokolwiek wahania.
Główny bohater, Hamlet Evans od zawsze marzył o zostaniu poetą, uczestnikiem Podboju. W świecie powieści, każdy statek wojenny ma na swoim pokładzie poetę, którego zadaniem jest opisywanie sukcesów wojennych jego załogi. Z czasem okazuje się, że ta “poezja” to proste, często kłamliwe teksty, a ich jedynym zadaniem jest podnosić załogi kosmicznych gigantów na duchu za cenę całkowitej anonimowości i wypalenia twórczego. Rezygnacja ze służby przynosi nie mniej rozczarowań, ale daje specyficzne poczucie wolności…
Rzadko mamy do czynienia z tak pesymistycznie brzmiącymi opowieściami. Główny bohater przechodzi od ogromnej nadziei, radości i poczucia sukcesu, przez okrucieństwo wojny i wypalenie artystyczne, do nędznej i upokarzającej egzystencji na ciemiężonej planecie, by wreszcie skończyć jako wolny artysta ciągle uciekający przed przedstawicielami aparatu przymusu totalitarnej Korporacji. Temu wszystkiemu towarzyszy śmierć, zwątpienie, nędza, utracone miłości i cały szereg innych ludzkich tragedii.
Pesymistyczny wizja przyszłości to jedna przyczyna, dla której raczej ciężko uwierzyć w ogromną popularność książki. Drugą jest ciężki styl pisania wynikający z przyjętej konwencji, tj. narratora w pierwszej osobie. To sprawia, że mało jest dialogów, fraza jest ciężka i powolna, a zapał czytelniczy jest spowalniany. Z pewnością lektura nie rzuciła mnie na kolana, ale przeczytać warto, zwłaszcza że to jeden z nielicznych, jeśli nie pierwszy przypadek wydania w Polsce hiszpańskiego autora science fiction.





Zobacz także:

Zostaw komentarz