“Wilt”, Tom Sharpe

Rzadko można trafić na równie wielkiego nieudacznika życiowego jak Henry Wilt, wykładowca w college’u. Wilt jest teoretycznie nauczycielem literatury angielskiej jednak przez swoją gapowatość, już dziesiąty rok spędza na ukulturalnianiu na kursach dokształcających takich tuzów nauki jak rzeźnicy, mechanicy czy murarze. Tak naprawdę jednak, jego głównym celem jest powstrzymywanie ich by w ich tępych mózgach nie zalęgła się jakakolwiek niebezpieczna dla niego, bądź dla otoczenia, myśl.

Wilt to człowiek przegrany. W college’u ma opinię nieudacznika i przez swój „brak ikry” już piąty rok z rzędu nie dostaje awansu na starszego wykładowcę. Na domiar złego, żona Wilta, zakompleksiona Eva, to kobieta o figurze typowej Angielki i mózgu przepełnionym żalem do męża za jego brak ambicji, umiejętności i sukcesów. Eva leczy swoje drobnomieszczańskie kompleksy na ciągle nowych kółkach zainteresowań, a w jakiś niepojęty dla Wilta sposób, szczególnym upodobaniem darzy zwariowane i dość ekscentryczne, a do tego nader często zmieniane hobby. Nic dziwnego, że dla Wilta, najprzyjemniejszym zajęciem w domowym zaciszu jest wyprowadzanie psa na spacer. Nawet kiedy pogoda nie dopisuje.

Życie Wilta ulega gwałtownemu pogorszeniu w chwili gdy Eva poznaje nowych sąsiadów, wyzwolone amerykańskie małżeństwo Pringsheimów, a on sam na chwilę ulega pokusie i trenuje na seks-lalce plan zabójstwa własnej żony, wrzucając lalę do wykopu pod fundamenty. Policja nie daje wiary jego zapewnieniom, tym bardziej, że jego żona nagle znika, a sam Wilt zaczyna czerpać dziwnie perwersyjną przyjemność z przesłuchań…

Mam wrażenie, że “Wilt” Toma Sharpe’a to jedna z tych książek, których humor albo się akceptuje w całości, albo w całości odrzuca. Biorąc pod uwagę fakt, iż humor angielski z zasady nie należy do moich ulubionych, byłem naprawdę zdziwiony w trakcie lektury, bo “Wilt” przypadł mi bardzo do gustu. Książka na pewno nie prezentuje humoru najwyższych lotów, jednak jest zabawna, lekka i przyjemna. W sam raz na weekendowy odpoczynek po zbyt długim tygodniu pracy. A że dodatkowo jest dobrą satyrą na powierzchowny feminizm, małomiasteczkowość, schlebianie mało wyrafinowanym gustom, warto po nią sięgnąć. Pamięć o żółtej piżamce chyba na zawsze wywoływała będzie u mnie usztywnienie psychiczne, ale jednocześnie nie zapomnę, że każdy odnajdzie swoją drugą połowę, nawet tak mało atrakcyjny facet jak Wilt. I tej wersji będę się trzymał, Wysoki Sądzie.

***½

Posted on maj 31, 2005 at 22:53 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione

Leave a Reply