“Wrota światów. Zła piosenka”, Tomasz Pacyński

No i wreszcie się doczekaliśmy. Parę miesięcy po “Maskaradzie”, Runa wydała wreszcie zapowiadaną od dawna trzecią część “trylogii” Pacyńskiego, choć tak naprawdę ani trzecia część, ani trylogia nie oddają prawdy. “Wrota światów. Zła piosenka” jest bowiem tak naprawdę dopiero połową prawdziwego trzeciego tomu, zwieńczenia trylogii.

Drugi tom zakończył się wielką rzezią w mieście i jego pacyfikacją, nasi bohaterowie dążąc do spełnienia obietnic gotowi byli poświęcić swoje życie, tylko po to, by przekonać się, że ich oszukano. Match ciężko ranny znowu zniknął, Jason z Basilem nadal tkwią w innym świecie, Marion zniknęła. Wszyscy cierpią i leczą ranny, fizyczne i psychiczne. I o tym jest właśnie najnowsza powieść Pacyńskiego. O cierpieniu. Nie ma bohatera, którego nie dotknęło jakieś nieszczęście. Zdradzona Marion gotowa jest na zniszczenie całego świata, byle tylko dać upust żądzy zemsty. Match walczy z przeznaczeniem stawiając czoła wszelkim wrogom i pasmu cierpień, do których w przeszłości doprowadził. Po drugiej stronie bramy Jason, oszukany przez druida, zostaje kapłanem garstki krwiożerczych dzikusów. Do tego trzeba doliczyć całą gamę pomniejszych postaci próbujących doprowadzić do ładu swoje nędzne życie, które na ich nieszczęście splotło się z losami głównych bohaterów.

Jeżeli w poprzednich tomach były jakieś ślady po kultowym serialu o Robin Hoodzie, tutaj nie zostaje po nich nawet wspomnienie. To już autorska wizja Pacyńskiego, a co więcej, autor nie puszcza nawet do nas tak często oka, odwołując się do innych książek, czy filmów, jak zwykł to czynić dawniej. Wydaje mi się, że to słuszny wybór, bo biorąc pod uwagę kontekst w jakim stosował te zabiegi wcześniej, mogłoby to wywoływać tylko uśmiechy, a to źle, ponieważ to bardzo mroczna powieść. Nawiasem mówiąc, dawno nie czytałem równie przygnębiającej lektury (pomijając Piątka, ale do niego akurat trzeba przykładać inną miarę). Zdrada ciągnie się za bohaterami bez ustanku. Machinacje niewidocznych sił ciągle wpływają na wybory postaci, a dodatkowo świadomość nieuchronności przeznaczenia, nie daje im zbyt wiele wyboru. Śmierć i cierpienie, w imię zasad, w imię zemsty, to chyba dwa podstawowe motywy “Wrót światów”.

Nie liczmy na to, że dane nam będzie nieustannie śledzić losy Matcha, Jasona czy Marion. W “Złej piosence” są odsunięci na dalszy plan, a dominująca rola przypada choćby takim postaciom jak Ramirez Claymore. Jednocześnie jednak, ich działania są determinowane przez przeznaczenie Matcha czy jego przyjaciela Jasona i to jednak oni, pośrednio, nadają bieg wypadkom. Na nieszczęście tych, którzy wplątani zostali w mroczne intrygi. I chociaż każdy z bohaterów zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę nie są w stanie kierować swoim losem, próbują jednak dokonywać wyborów. I tkwić w nich do samego końca.

To dobra książka, chociaż uważam, że najsłabsza z dotychczasowych autorstwa Tomasza Pacyńskiego. Lub raczej, najmniej rozrywkowa. Może to brzmi jak zarzut, ale niezamierzony, a wynikający bardziej z mojego nastroju. Tak czy inaczej, Runa po raz kolejny potwierdziła, że wydaje tylko najlepsze pozycje. A teraz pozostaje nam tylko czekać kolejnych kilka miesięcy na zwieńczenie trylogii w czterech częściach.

***½

Tekst pierwotnie ukazał się w 17 numerze Magazynu Avatarae.pl

Posted on czerwiec 20, 2004 at 14:23 by Maciej Majewski · Permalink
In: Przeczytane, ocenione · Tagged with: ,

Leave a Reply