“Dech zimy”, Robert Jordan
Kiedy w 1990 roku w Stanach ukazał się pierwszy tom nowego cyklu o nazwie “Koło Czasu”, chyba mało kto podejrzewał, że będzie to swego rodzaju rewolucja skutkująca skokiem popularności fantasy. Ot niepozorna opowiastka, której początek był niemal żywcem zerżnięty z Tolkiena, po pewnym czasie osiągnęła gigantyczny sukces rynkowy i rozrosła się do monstrualnej długości cyklu. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że w przeciągu tych prawie 15 lat, autor prawie się nie rozwinął a każda jego kolejna książka od ładnych paru lat jest coraz słabsza.

Po z górą trzech latach od wydania oryginału, do polskich czytelników trafia tom dziewiąty cyklu, pod tytułem “Dech Zimy”. Na 756 stronach rzadko kiedy dzieje się mniej niż tutaj. Rand al’Thor, czyli Smok Odrodzony, chowa się przed zbuntowanymi Ashamanami, próbuje oszukać Przeklętych i setkę innych osób lub organizacji, jego przyjaciel Perrin szaleje po stracie żony porwanej przez Aielów, Mat Cauthon wraca do zdrowia po ataku na Ebou Dar i kombinuje jak wyrwać się spod wpływów Seanchan. Na dodatek Elayne, jako Dziedziczka Tronu próbuje umocnić swoje panowanie na tronie w Andorze, jednocześnie starając się o tron Cairhien. Brzmi jak dobra zabawa, ale taką nie jest.
Książka jest nudna jak flaki z olejem a między pierwszą a ostatnią stroną nie dzieje się prawie nic.
Dominują wątki Perrina i Elayne, zajmujące pewnie dwie trzecie objętości, a powinny maksymalnie dziesięć procent, żeby można było czytać bez zmęczenia. Na dwustu stronach Perrin jęczy za żoną (nawiasem mówiąc najbardziej irytującą postacią w całym cyklu), na kolejnych dwustu Elayne zanudza nas na śmierć swoimi dylematami i problemikami. Pewne ożywienie wnosi powracający Mat, którego zabrakło w poprzednim tomie, ale tylko na chwilę. Na dobrą sprawę nawet kulminacja tomu jest drętwawa i naciągana aż do bólu, a Przeklęci to najbardziej tępi dranie jakich wydała literatura. Najpierw na siedmiuset stronach Jordan nas zanudza ślimaczym tempem, po to by na ostatnich trzydziestu podgonić. Jakby się zorientował, że fani mogą mu takiego gniota nie wybaczyć i jakoś trzeba ich zachęcić do przeczytania kolejnej części przygód naszej gromadki.
W czym tkwi problem? Ano chyba w zupełnym braku pomysłów na zakończenie. Jordan zaserwował nam tyle wątków (które zamiast zamykać rozwija dalej, ciągle wprowadzając nowe), takie mnóstwo postaci (których nie potrafi uśmiercić do końca, bo co chwilę jakiś trup powraca) oraz tak ogromny świat, że zupełnie nad tym wszystkim nie panuje. Również fani, żeby być na bieżąco z cyklem i w miarę kontrolować bieg wydarzeń, muszą się posiłkować niezliczonymi kompendiami, pracowicie przygotowanymi przez niezliczone strony internetowe. Zdrowy na umyśle człowiek nie jest w stanie za tym wszystkim nadążyć. Zdrowego człowieka już dawno przestało interesować, czy biała rękawiczka na ręce jakiegoś pomniejszego bohatera w drugim tomie, będzie miała kolosalne znaczenie dla akcji w tomie trzynastym. Zdrowy człowiek nie jest zainteresowany kolejnym opisem ubrania ilekroć wprowadzana jest nowa postać. Zdrowy człowiek nie jest w stanie wytrzymać tempa wolniejszego niż chód pijanego żółwia. To jest po prostu zabójcze!
Spróbowałem policzyć na jakiej przestrzeni czasu toczy się akcja tej powieści i wynik wskazuje, że około dwóch tygodni, ale równie dobrze może być połowa z tego, bo przysypiałem. Jordan natomiast przespał fakt, że osoby które zaczynały czytać “Koło Czasu” 14 lat temu, w tej chwili są już dorosłe, a wielu z nich ma już własne dzieci. Tymczasem bohaterowie w jego książkach prawie zupełnie nie dorastają, prawie w ogóle się nie zmieniają, wciąż pozostając upartymi, wełnianogłowymi idiotami (mężczyźni) lub nadętymi, przekonanymi o swojej nieomylności kobietami. Taki sposób postrzegania świata można jeszcze od biedy wybaczyć nastolatkowi, ale dorosłemu pisarzowi już nie. Niemniej jednak raz Jordanowi udało się mnie zaskoczyć. Nie ulega wątpliwości, że z jego książek wieje purytańską przyzwoitością i seks jest tematem tabu, ale to w jaki sposób oddał intensywność doznań Elayne i Randa, świadczy o tym, że ma chłop potencjał. Gdyby tylko chciał go wykorzystać…
Od dłuższego już czasu zapowiada Jordan, że do końca pozostało jeszcze trzy tomy, ale po każdym kolejnym, ta granica jest przesuwana. Pusty śmiech na takie zapowiedzi ogarnia czytelnika, który przebrnął przez “Dech Zimy”. Jak ten człowiek zamierza zakończyć dwieście wątków dotyczących ponad półtora tysiąca postaci, nie wie nikt. Chyba nawet on sam. Osobom, które nie miały do tej pory okazji zetknąć się z twórczością Jordana radzę zacząć czytanie od “Oka Świata” a po osiągnięciu “Ścieżki Sztyletów” i “Dechu Zimy” przeczytać streszczenia. Tym którzy kupili książkę, ale jeszcze jej nie przeczytali, radzę udać się do księgarni po zwrot pieniędzy, bo to co jest napisane na okładce (“Dech Zimy jest prawdziwym apogeum epickiej narracji, wspaniałym dziełem zasługującym na poczesne miejsce wśród najbardziej znaczących dokonań w gatunku fantasy.”) jest zwykłym kłamstwem i ordynarnym wyciąganiem pieniędzy od Czytelnika. Jest jednak i “dobra” wiadomość. “Crossroads of Twilight”, tom 10, jest jeszcze gorszy. Na tym zatem kończy się moja przygoda z “Kołem Czasu”, a ja wracam do lektury prawdzie interesujących książek. Ale o tym podczas następnego spotkania.





Tekst pierwotnie ukazał się w 13 numerze Magazynu Avatarae.pl
Zobacz także:

Zostaw komentarz